preston

3 tygodnie później i ponad 2000 kilometrów. Północno-zachodnia Anglia. Czas minął bardzo szybko; podróż, chociaż mało komfortowa jest już tylko wspomnieniem. Wyjechaliśmy 10 lipca przed 20, dotarliśmy w piątek około godziny 10 rano. 4 osoby w niedużym aucie; Polska – Niemcy – Holandia – Belgia – Francja w dobę, z małymi przerwami na sen. Prom o 22 z Dunkierki do Dover i od północy mkniemy już lewą stroną drogi. Zaczyna nas dopadać kryzys i organizm domaga się więcej snu, szczególnie kierowca powinien odpocząć. Na pierwszym lepszym parkingu zatrzymujemy się i zasypiamy niemal natychmiast. Po dwóch godzinach pobudka (dłuższy postój jest już płatny) i jedziemy dalej. Niestety szybko okazuje się, że to za mało i kolejny postój jest wymagany. Ponad 2 godziny snu i znowu w drogę. Już jest przynajmniej jasno, widać jak wygląda Anglia (do tej pory widziałem ją jedynie z okna lotniska Gatwick) i muszę przyznać, że niewiele różni się od Polski czy innych krajów. Po prostu świat z autostrad wygląda podobnie. Niemcy wyróżniały się ogromną ilością wiatraków i ten widok pojawił się już po przekroczeniu granicy, zahaczając w mniejszym stopniu o Holandię i Belgię. W Anglii było już “normalnie”.

Od przyjazdu minął ponad tydzień, ale dopiero teraz postanowiłem zabrać się za podsumowanie tego czasu. Wstrzymywała mnie trochę blokada psychiczna z powodu braku pracy i niepewności jutra. Praca jest, ale ja nie wyluzowałem się jeszcze do końca. Przede wszystkim dlatego, że Monika nie ma pracy i tylko ona, ale liczymy, że to się niedługo zmieni. Jarek i Iwona pracują w tym samym miejscu co ja, tylko że na innych zmianach, co jest małym problemem, gdyż nie mam w takiej sytuacji transportu. Firma znajduje się poza miastem, około 10 minut jazdy autostradą. W końcu udało mi się znaleźć w miarę stały transport z jednym z pracowników z mojej zmiany, który niestety od środy idzie na urlop. Mam już zaklepaną następną osobę. Niestety z nim tylko 3 dni do piątku, ponieważ w następnym tygodniu (kolejnym, nie tym co będzie) mamy popołudniową zmianę, a ze względu na ramadan, muzułmanie opuszczają pracę jakoś wcześniej. Nie wiem dlaczego, ale bardziej interesuje mnie jak wtedy wrócę do domu. Ciągłe szukanie podwózki zjada mi trochę nerwów.

Kolejna rzecz to oczywiście pieniądze i wydawanie ich na jedzenie. Wszystko zdaje się dosyć tanie względem zarobków, nawet tych polskich, ale zanim przekonamy się co warto kupować, na czym nie warto przepłacać i ile tak naprawdę miesięcznie, czy też tygodniowo będziemy na to wydawać to się okaże z czasem. Do tej pory kupowaliśmy po trochu co kilka dni, ale od kiedy obliczyliśmy, że najtańszym marketem jest ASDA, to postanowiliśmy w tymże sklepie robić większe zakupy. Większe dlatego, że market ten znajduje się około 40 minut piechotą od naszego obecnego miejsca zamieszkania, a samochód jest tylko jeden. Ewentualna szansa na podwózkę może być tylko w weekend, dlatego też wczoraj zrobiliśmy naprawdę duże i kosztowne zakupy za niemałą kwotę. I to nawet nie na cały tydzień. Nie wszystko to było jedzenie, ale musimy bardziej ściskać pasa, dopóki oboje nie będziemy pracować.

Jeżeli chodzi o mieszkanie, a raczej pokoje, to zaraz po przyjeździe pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to zaczęliśmy wszystko sprzątać, chociaż byliśmy brudni i zmęczeni. Warunki nie są najlepsze, ale nie spodziewałem się luksusów. Pokoje były wynajmowanie przez neta i tak naprawdę nie było zbyt dużego wyboru. I tak szukamy czegoś innego, ale po ponad tygodniu trochę już się dostosowaliśmy i przyzwyczailiśmy. Mankamenty są takie, że dom ulokowany jest przy ruchliwej ulicy, a niedaleko jest pogotowie, z którego na sygnale od czasu do czasu wyskakują karetki. Na szczęście z Moniką mamy pokój od drugie strony. Zamiast samochodów mamy agregat sąsiadującej z nami pizzerii, Polaków pracujących w niej i często wychodzących na fajkę, hałasy z podwórka współlokatorów i nagrzewanie się pokoju po południu, gdyż okno wychodzi dokładnie na zachód. Co do sąsiadów to mamy małżeństwo hindusów z mała dziewczynką. To ją głównie słychać przez okno, ale jest to akceptowalny “hałas”, chociaż przy bliższym kontakcie mała jest cicha i nieśmiała. Rodzinka jest spoko, niedługo wyjeżdżają do Indii, a poza tym mają za jakieś 3 miesiące się wyprowadzić. Mamy nadzieję, że zrobimy to przed nimi. Jest jeszcze Jimi. Typowy Anglik, cały w tatuażach, ale bardzo w porządku i sympatyczny. Podsumowując w domu mieszka 8 osób, a łazienka jest tylko jedna. Lekko nie jest.

Jeżeli chodzi o okolicę to pomimo, że jest to jedna z większych ulic, przy której znajduje się stadion piłki nożnej, to jest to teren w większości zamieszkały przez muzułmanów lub hindusów. Na szczęście zaraz obok nie stoi meczet, więc jeszcze ujdzie. Nie wiem czy to ma znaczenie, ale ogólnie patrząc na miasto to Polska wydaje mi się naprawdę czystym miejscem. Brud i śmieci walają się wszędzie, ze szczególnym naciskiem na naszą ulicę.

Jak już wspomniałem 2 minuty od nas znajduje się stadion piłkarski. Jak na warunki angielskie zapewne niezbyt okazały, ale dla mnie wydaje się wyjątkowy. To co znajduje się naprzeciwko stadionu jest dla mniej bardziej fascynujące, a jest to ogromny park. Właściwie jest to wielka łąka otoczona drzewami. W końcu wybraliśmy się tam wczoraj i miałem okazję trochę poćwiczyć tai chi. Miejsce jest fantastyczne i nawet jeżeli się przeprowadzimy to będę je regularnie odwiedzać. Żałuje trochę, że nie mam czym robić zdjęć, mógłbym zamieścić tutaj to co opisuję, szczególnie że w wczoraj wieczorem zachód słońca wyglądał rewelacyjnie. Aparatu nie mam, gdyż po prostu nie zmieścił się do bagażu. Byliśmy ograniczeni miejscem, a aparat jak i maszynka do strzyżenia i głośniki do komputera były w rezerwie. Nic z tych rzeczy nie zabrałem. Jak tylko będzie aparat, będą i zdjęcia.

Na zakończenie muszę wspomnieć o pogodzie, gdyż jest wyjątkowa. Ostatni tydzień w Polsce był upalny. Gdy wyjeżdżaliśmy pogoda powoli się pogarszała. Nie dla nas. Przez całą podróż mieliśmy gorąc w samochodzie, a na miejscu okazało się, że jest goręcej niż w Polsce. Temperatura sięga ponad 30 stopni, w pokoju nie mam czym oddychać, a w pracy pot leje się po plecach, szczególnie, gdy trzeba gdzieś biegać. Najlepiej ustawić się przy wentylatorze. Dziś jest wyjątkowo, tylko 20 stopni, ale później ma być już “normalnie”, a pogoda na następny tydzień ma zwalać z nóg. Upały takie są niezwykłe w Anglii, szczególnie w tej części kraju. Ostatnio tak było 7 lat temu, normalnie jest tu pochmurno i leje deszcz, czyli inaczej mówiąc pogoda depresyjna, a więc coś przed czym z Polski po części uciekłem. Powinienem się cieszyć z tego żaru, ale jakoś nie potrafię. Nie moje klimaty.

Dawno tyle nie pisałem. Sporo wyszło i jakoś nie chce mi się tego teraz czytać i poprawiać błędów. Jutro wstaję o 4.30 rano, więc dziś muszę się położyć naprawdę wcześnie, a przede wszystkim zasnąć niewiele później. Nie lubię niedziel i tego oczekiwania na poniedziałek. Za tydzień mam popołudniową zmianę, czyli na 14, więc może inaczej spojrzę na ten dzień.

chińska dzielnica w liverpoolu

20150725-lvpool-china-district

Może ulica, która ciągnie się za chińską bramą nie jest zbyt długa, aczkolwiek sam paifang jest największym tego typu łukiem w Europie i drugim na świecie jaki znajduje się poza samymi Chinami. Największy znajduje się w stolicy Stanów Zjednoczonych, Waszyngtonie i mierzy niecałe 14 i pół metra; ten tutaj natomiast o metr mniej.

rowery dwa, ścieżki i kanały

Nie tak dawno temu, chyba ze 3 tygodnie minęły niecałe, kupiliśmy sobie z Moniką rowery. Właściwie to wzięliśmy na “raty” z Moniki pracy. Chociaż zaklinałem się, że będę się starał jak mogę nie pożyczać pieniędzy, nie brać kredytów ani nie kupować na raty, stwierdziliśmy jednak, że sytuacja jest trochę inna w tym przypadku. Otóż owe raty mają związek z tymi powszechnie znanymi tyle, że płaci się regularnie, w tym przypadku co tydzień. Właściwie to pieniądze są pobierane z pensji. To po pierwsze. Po drugie rowery zostały wzięte w programie “rowerem do pracy”, który tutaj jest mocno propagowany, aby przekonać ludzi do korzystania z rowerów zamiast samochodów i chociaż ścieżki rowerowe nie są rewelacyjne, o czym za chwilę, to jednak jest ich sporo, acz nie wszędzie. Po trzecie za rowery zapłaciliśmy (zapłacimy) 2/3 faktycznej ceny, to znaczy firma wykłada resztę funduszy, co przy droższych sztukach jest bardzo opłacalne. Nie jest to stała “zniżka”, wszystko zależy od zarobków i wysokości kredytu, ale i tak jest bardzo korzystna. Zresztą nasze rowery nie są jakieś rewelacyjne, gdy cena dobrego roweru waha się tutaj od 500 do 1000 funtów i więcej, a my nawet za dwa tyle nie zapłaciliśmy (zapłacimy). Nie są to też najtańsze rowery, ale zważywszy, że wyczynowo nie jeździmy, do tego od czasu do czasu i w sumie rekreacyjnie to wybraliśmy takie optymalne dla nas. A rowery jakie wzięliśmy to hybrydy bez amortyzatorów, bo po lasach i wybojach nie jeździmy no i waga ma dla nas znaczenie bo musimy je tachać kilka pięter co i tak nie jest łatwe przy wąskich korytarzach jakie mamy.kanal1Ścieżek rowerowych z jednej strony jest sporo, a z drugiej tak średnio, a wszystko poprzez duże upakowanie budynków i ulic. Takie trasy można podzielić na zwykłe ścieżki tylko dla rowerów, wydzielone pasy na ulicy, drogi przyjazne dla rowerzystów, czyli drogi mniejszego natężenia, gdzie samochody nie śmigają jak szalone i można się czuć umiarkowanie bezpiecznie, aczkolwiek wydzielonego pasa nie ma i jesteśmy traktowani jak normalny uczestnik ruchu, czyli samochody nas wyprzedzają i trzeba zachować ostrożność; oraz drogi gruntowe, które od ścieżek rowerowych różnią się tylko nawierzchnią (tak mi się przynajmniej wydaje). Drogi takie mają podstawową wadę poprzez ograniczanie spokojnego i płynnego podróżowania. Co kilkaset metrów, czasami mniej, czasami więcej, trzeba przejechać przez ulicę, poczekać na światłach, drogi zdarza się, że nie są łączone, czyli trzeba podjechać ulicą aby kontynuować jazdę daną trasa, a najgorsze są spowalniacze pod postacią bramek, które trzeba objechać bardzo wolno, czasami zsiąść z roweru, albo nawet przenieść. Absurd i do tego wkurzający.

kanal2Dzisiejsza wycieczka nie była zbyt długa, ale mieliśmy nie/przyjemność jechać wzdłuż kanału lancasterskiego, tylko kawałek, gdyż droga przy nim nie ciągnie się aż tak bardzo, zresztą dołączyliśmy na nieznanym nam odcinku, żeby niedługo później zjechać do Haslam Park, gdzie skorzystaliśmy z terapii refleksologicznej. Nie/przyjemność jechania kanałem doświadczyliśmy tydzień wcześniej jadąc trasą 55 do Manchesteru (aż tak daleko nie dojechaliśmy). Przy miejscowości Chorley trasa ta wiedzie wzdłuż kanału, a ścieżka tam zdawała się czasami węższa niż ta na zdjęciu powyżej. Przy uczęszczających nią również pieszych (i ich psach) manewrowanie między nimi zwiększało bicie serce z obawy przed utrata równowagi i niefortunną wywrotką do wody. Stresującą podróż zakończyliśmy bez wpadek, ale stres był.