nowy początek

“Witaj Świecie” powinienem rozpocząć jak już utarł się zwyczaj rozpoczynania nowych projektów, nie tylko blogowych, ale postanowiłem trochę odbiec od tego schematu.

Nie wiem co jest takiego dla mnie w prowadzeniu bloga, ale jak tylko odkryłem tą formę prezentacji postanowiłem spróbować swoich sił. Lubie pisać, chociaż jestem grafomanem, jednak to fotografia zadecydowała o tym, żeby się pokazać w sieci. I tak jak zaczynałem pisać, tak samo postanowiłem zacząć fotografować, a to co uznam za warte moich prób fotograficznych zamieszczę na blogu. Inaczej mówiąc do zdjęć postanowiłem dodać swoje grafomańskie wypociny. Patrząc w przeszłość na moje początki (rok 2005) było to co najmniej żałosne. Czułem jednak wtedy, że z każdym miesiącem zdobywam doświadczenie nie tylko w fotografii, ale i w prowadzeniu fotobloga. Fotobloga dlatego, że właściwie przestałem pisać, nie miałem na to czasu, a “fotkę” od czasu do czasu można było wrzucić bez potrzeby rozpisywania się, zakładając że “jedno zdjęcie warte tysiąca słów”. Były wzloty i upadki, lepsze dni (miesiące) i gorsze, aż przyszła chwila, ze stwierdziłem, że nie wiem dokąd idę, fotografia straciła na sile w moim życiu, a cały blog wydał mi się słaby. Zdjęcia z jego początków były kiepskie, dużo gorsze niż ostatnie, które rewelacyjne też nie były. Może chciałem, aby ta strona była w pewnym sensie wizytówką, a z taką różnicą jakości nie był to najlepszy pomysł. Stronę skasowałem, przenosząc ją wcześniej na swoją stronę i domenę, bardziej jako archiwum, coraz bardziej zapominając o niej. Dziś nie ma już tego co napisałem (chociaż podobno nic w internecie nie znika, co nie jest w tym przypadku prawdą), a zdjęcia znajdę tylko na płytach, mając nadzieję, że kiedyś je jeszcze “odpalę”.

Tak zakończyła się moja przygoda z blogiem. Próbowałem kilka razy wrócić, gdyż nadal uważam to medium za fascynujące, jednak zdałem sobie sprawę, że nie mając nic do powiedzenia, nie warto się odzywać; tak więc zamilkłem, licząc na moment gdy w moim życiu wydarzy się coś ciekawego. Czy mam się z czym podzielić światem w takim razie? Nie sądzę. Zazdroszczę ludziom wyspecjalizowanym w wąskim lub bardziej szerszym temacie, prowadzący swoje blogi, dzienniki, internetowe zapiski, jak zwał tak zwał. Niestety ze mną tak nie jest, nad czym ubolewam, bo prawda jest taka, ze prowadzenie bloga o wszystkim, jest prowadzeniem bloga o niczym, no chyba że czyjeś życie jako całość jest fascynujące, czego gratuluję. Mój przypadek jest taki, że lubię pisać. W dzieciństwie (dziś również) było ciężko, ze względu na moją rękę do “długopisu”. Klawiatura zmieniła wszystko, z czego się cieszę, ale to nie wystarczy. Liczę na zmiany, a te widać na horyzoncie.

Zmiana nastąpi, a jest nią zmiana miejsca zamieszkania. Liczę, że wpłynie to na mnie w każdy możliwy sposób, bo zmian w swoim życiu potrzebuję. Na razie jednak jestem jeszcze tu gdzie jestem, do wyjazdu zostało kilka dni. Postanowiłem jednak zacząć tym pierwszym wpisem jeszcze zanim wszystko się rozpocznie, szczególnie w ten wyjątkowy dzień jakim jest 30 czerwca. Od pierwszego lipca zostanę bez internetu. Tam gdzie jadę jest szansa na to, że znowu się połączę ze światem, ale do tego czasu, czyli ponad tydzień, jestem odcięty.

O czym będę pisać? Zapewne o niczym. Moim celem jednak nie jest gromadka “czytaczy”, co mogłoby być dla mnie trochę deprymujące, szczególnie że zapewne wiele głupot się tutaj pojawi i to obawiam się, że bardziej nieświadomie popełnionych. Ten cały wpis też jest w pewnym sensie śmieszny. Brakuje mi oczywiście śmiałości i pewności siebie, żeby się tym nie przejmować i pisać, jeżeli taką właśnie mam ochotę. A mam. Ten blog ma być przede wszystkim moją formą wyrażenia  siebie i trzymam kciuki, aby mi się to udało zrobić jak najlepiej i, o czym się przekonałem już, konsekwentnie trzymać się tego.

preston

3 tygodnie później i ponad 2000 kilometrów. Północno-zachodnia Anglia. Czas minął bardzo szybko; podróż, chociaż mało komfortowa jest już tylko wspomnieniem. Wyjechaliśmy 10 lipca przed 20, dotarliśmy w piątek około godziny 10 rano. 4 osoby w niedużym aucie; Polska – Niemcy – Holandia – Belgia – Francja w dobę, z małymi przerwami na sen. Prom o 22 z Dunkierki do Dover i od północy mkniemy już lewą stroną drogi. Zaczyna nas dopadać kryzys i organizm domaga się więcej snu, szczególnie kierowca powinien odpocząć. Na pierwszym lepszym parkingu zatrzymujemy się i zasypiamy niemal natychmiast. Po dwóch godzinach pobudka (dłuższy postój jest już płatny) i jedziemy dalej. Niestety szybko okazuje się, że to za mało i kolejny postój jest wymagany. Ponad 2 godziny snu i znowu w drogę. Już jest przynajmniej jasno, widać jak wygląda Anglia (do tej pory widziałem ją jedynie z okna lotniska Gatwick) i muszę przyznać, że niewiele różni się od Polski czy innych krajów. Po prostu świat z autostrad wygląda podobnie. Niemcy wyróżniały się ogromną ilością wiatraków i ten widok pojawił się już po przekroczeniu granicy, zahaczając w mniejszym stopniu o Holandię i Belgię. W Anglii było już “normalnie”.

Od przyjazdu minął ponad tydzień, ale dopiero teraz postanowiłem zabrać się za podsumowanie tego czasu. Wstrzymywała mnie trochę blokada psychiczna z powodu braku pracy i niepewności jutra. Praca jest, ale ja nie wyluzowałem się jeszcze do końca. Przede wszystkim dlatego, że Monika nie ma pracy i tylko ona, ale liczymy, że to się niedługo zmieni. Jarek i Iwona pracują w tym samym miejscu co ja, tylko że na innych zmianach, co jest małym problemem, gdyż nie mam w takiej sytuacji transportu. Firma znajduje się poza miastem, około 10 minut jazdy autostradą. W końcu udało mi się znaleźć w miarę stały transport z jednym z pracowników z mojej zmiany, który niestety od środy idzie na urlop. Mam już zaklepaną następną osobę. Niestety z nim tylko 3 dni do piątku, ponieważ w następnym tygodniu (kolejnym, nie tym co będzie) mamy popołudniową zmianę, a ze względu na ramadan, muzułmanie opuszczają pracę jakoś wcześniej. Nie wiem dlaczego, ale bardziej interesuje mnie jak wtedy wrócę do domu. Ciągłe szukanie podwózki zjada mi trochę nerwów.

Kolejna rzecz to oczywiście pieniądze i wydawanie ich na jedzenie. Wszystko zdaje się dosyć tanie względem zarobków, nawet tych polskich, ale zanim przekonamy się co warto kupować, na czym nie warto przepłacać i ile tak naprawdę miesięcznie, czy też tygodniowo będziemy na to wydawać to się okaże z czasem. Do tej pory kupowaliśmy po trochu co kilka dni, ale od kiedy obliczyliśmy, że najtańszym marketem jest ASDA, to postanowiliśmy w tymże sklepie robić większe zakupy. Większe dlatego, że market ten znajduje się około 40 minut piechotą od naszego obecnego miejsca zamieszkania, a samochód jest tylko jeden. Ewentualna szansa na podwózkę może być tylko w weekend, dlatego też wczoraj zrobiliśmy naprawdę duże i kosztowne zakupy za niemałą kwotę. I to nawet nie na cały tydzień. Nie wszystko to było jedzenie, ale musimy bardziej ściskać pasa, dopóki oboje nie będziemy pracować.

Jeżeli chodzi o mieszkanie, a raczej pokoje, to zaraz po przyjeździe pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy to zaczęliśmy wszystko sprzątać, chociaż byliśmy brudni i zmęczeni. Warunki nie są najlepsze, ale nie spodziewałem się luksusów. Pokoje były wynajmowanie przez neta i tak naprawdę nie było zbyt dużego wyboru. I tak szukamy czegoś innego, ale po ponad tygodniu trochę już się dostosowaliśmy i przyzwyczailiśmy. Mankamenty są takie, że dom ulokowany jest przy ruchliwej ulicy, a niedaleko jest pogotowie, z którego na sygnale od czasu do czasu wyskakują karetki. Na szczęście z Moniką mamy pokój od drugie strony. Zamiast samochodów mamy agregat sąsiadującej z nami pizzerii, Polaków pracujących w niej i często wychodzących na fajkę, hałasy z podwórka współlokatorów i nagrzewanie się pokoju po południu, gdyż okno wychodzi dokładnie na zachód. Co do sąsiadów to mamy małżeństwo hindusów z mała dziewczynką. To ją głównie słychać przez okno, ale jest to akceptowalny “hałas”, chociaż przy bliższym kontakcie mała jest cicha i nieśmiała. Rodzinka jest spoko, niedługo wyjeżdżają do Indii, a poza tym mają za jakieś 3 miesiące się wyprowadzić. Mamy nadzieję, że zrobimy to przed nimi. Jest jeszcze Jimi. Typowy Anglik, cały w tatuażach, ale bardzo w porządku i sympatyczny. Podsumowując w domu mieszka 8 osób, a łazienka jest tylko jedna. Lekko nie jest.

Jeżeli chodzi o okolicę to pomimo, że jest to jedna z większych ulic, przy której znajduje się stadion piłki nożnej, to jest to teren w większości zamieszkały przez muzułmanów lub hindusów. Na szczęście zaraz obok nie stoi meczet, więc jeszcze ujdzie. Nie wiem czy to ma znaczenie, ale ogólnie patrząc na miasto to Polska wydaje mi się naprawdę czystym miejscem. Brud i śmieci walają się wszędzie, ze szczególnym naciskiem na naszą ulicę.

Jak już wspomniałem 2 minuty od nas znajduje się stadion piłkarski. Jak na warunki angielskie zapewne niezbyt okazały, ale dla mnie wydaje się wyjątkowy. To co znajduje się naprzeciwko stadionu jest dla mniej bardziej fascynujące, a jest to ogromny park. Właściwie jest to wielka łąka otoczona drzewami. W końcu wybraliśmy się tam wczoraj i miałem okazję trochę poćwiczyć tai chi. Miejsce jest fantastyczne i nawet jeżeli się przeprowadzimy to będę je regularnie odwiedzać. Żałuje trochę, że nie mam czym robić zdjęć, mógłbym zamieścić tutaj to co opisuję, szczególnie że w wczoraj wieczorem zachód słońca wyglądał rewelacyjnie. Aparatu nie mam, gdyż po prostu nie zmieścił się do bagażu. Byliśmy ograniczeni miejscem, a aparat jak i maszynka do strzyżenia i głośniki do komputera były w rezerwie. Nic z tych rzeczy nie zabrałem. Jak tylko będzie aparat, będą i zdjęcia.

Na zakończenie muszę wspomnieć o pogodzie, gdyż jest wyjątkowa. Ostatni tydzień w Polsce był upalny. Gdy wyjeżdżaliśmy pogoda powoli się pogarszała. Nie dla nas. Przez całą podróż mieliśmy gorąc w samochodzie, a na miejscu okazało się, że jest goręcej niż w Polsce. Temperatura sięga ponad 30 stopni, w pokoju nie mam czym oddychać, a w pracy pot leje się po plecach, szczególnie, gdy trzeba gdzieś biegać. Najlepiej ustawić się przy wentylatorze. Dziś jest wyjątkowo, tylko 20 stopni, ale później ma być już “normalnie”, a pogoda na następny tydzień ma zwalać z nóg. Upały takie są niezwykłe w Anglii, szczególnie w tej części kraju. Ostatnio tak było 7 lat temu, normalnie jest tu pochmurno i leje deszcz, czyli inaczej mówiąc pogoda depresyjna, a więc coś przed czym z Polski po części uciekłem. Powinienem się cieszyć z tego żaru, ale jakoś nie potrafię. Nie moje klimaty.

Dawno tyle nie pisałem. Sporo wyszło i jakoś nie chce mi się tego teraz czytać i poprawiać błędów. Jutro wstaję o 4.30 rano, więc dziś muszę się położyć naprawdę wcześnie, a przede wszystkim zasnąć niewiele później. Nie lubię niedziel i tego oczekiwania na poniedziałek. Za tydzień mam popołudniową zmianę, czyli na 14, więc może inaczej spojrzę na ten dzień.

pół roku później

Właściwie nawet ponad pół roku później. Miałem być konsekwentny w prowadzeniu bloga, a wyszło jak zwykle. No cóż, praca zajmowała dużo czasu, nie było za bardzo o czym pisać, a jak nie ma o czym pisać to lepiej nic nie pisać. Dużo się zmieniło. 3 tygodnie po przyjeździe przeprowadziliśmy się do małej miejscowości bliżej pracy, a od początku lutego mieszkamy już na swoim i to w Preston, czyli wróciliśmy do punktu wyjścia.

Ze względu na ogólna nudę, która mnie opanowało postanowiłem zrobić coś konstruktywnego i stworzyć jakiegoś posta, albo dwa w ramach podsumowania tego okresu i może znowu zmobilizować się trochę do aktywności blogowej, ale nie dzieje się w moim życiu nic szczególnego, dlatego też nie chce na siłę nic tworzyć. Na wszelki jednak wypadek odświeżam, tak na wszelki…

Nie chcę dokładnie opisywać co się u mnie, czy też u nas działo bo było kilka momentów niezbyt ciekawych. Mam na myśli sytuacje, które powodowały podnoszenie ciśnienia, a jako iż nie chcę sobie i teraz podnosić, dlatego postanowiłem pominąć te momenty.

Przede wszystkim mieszkanie. W końcu mamy swoje gniazdko i chociaż nie jest to szczyt marzeń to jest naprawdę nieźle. Mieszkamy prawie w centrum Preston, więc blisko wszędzie. No może prawie wszędzie. Nie mamy jeszcze samochodu dlatego na podwózkę trzeba przejść kawałek, niby 15 minut szybkim krokiem, ale wieczorem, gdy z pubów ulatnia się zawiana młodzież i nie tylko młodzież, to trasa wydaja się nadzwyczaj długa.

Mieszkanie to 2 pokoje, w tym jedna sypialnia plus kuchnia. A wszystko w starej kamienicy, która ponoć była kiedyś hotelem, tak przynajmniej głosi ogromny napis na budynku. W środku sporo wolnej przestrzeni. Mebli za wiele nie było na start – dwie sofy, szafa, łóżko z materacem (będziemy musieli kupić nowy, bo leżąc na obecnym czuje się każdą sprężynę), szafka w przedpokoju, narożny regał na rupiecie. Kuchnia wyposażona w to co mieć powinna. Największym wyzwaniem na początek okazało się czyszczenie zamrażarki. Poprzedni lokator postanowił po prostu wyłączyć ją z prądu, a zamarznięte resztki ze środka zostawić samym sobie. Po otwarciu drzwiczek smród był taki, że musiałem zrobić sobie prowizoryczną maskę, a i tak tylko oddychanie przez usta wchodziło w grę. Przy pomocy octu i środków czyszczących udało się usunąć wszystko z wyjątkiem zapachu, który ostał się do dziś i odrobinę przesiąka wszystko co się włoży do zamrażarki. Trzeba będzie zrobić poprawiny. Na drugi dzień pojawiły się w domu małe muszki (a może ich nie zauważałem wcześniej). Co ciekawe pierwsze “stada” znalazłem w zamrażarce. Po otwarciu leżały zamarznięte zaraz przy wejściu. Po wysprzątaniu ich na drugi dzień pojawiały się znowu i tak przez dobrych kilka dni. Skąd i jak się tam wzięły? Nie wiem. Na razie ich ilość zmniejszyła się do minimum i rzadko już dają o sobie znać.

Jednym z podstawowych mebli jakich nam zabrakło to biurko i krzesło. Mieliśmy dość siedzenia z laptopem na podłodze przy małym stoliku. Z pomocą przyszedł sklep internetowy Ikei. Najbliższy  miejscówka jest na tyle daleko, że nawet samochodem wyszło by drożej, niż zamówienie przez internet, za które zapłaciliśmy zaledwie 9 funtów (za obie rzeczy). Zastanawiamy się czy materaca też nie zamówić stamtąd, jednakże przesyłka wyniesie już 35 funtów, ale za to prosto pod drzwi.

W związku z przeprowadzką musiałem pozałatwiać sam sprawy mediów. W poprzednim miejscu gdzie mieszkaliśmy kilka dni wcześniej przez internet zamówiłem internet, bo wiedziałem, że później już będzie ciężko. Pomimo dużego wyboru, to jednak wyboru wielkiego nie było. Niby dużo dostawców, nawet takich za darmo, ale co z tego jak firma doliczała sobie (wg opinii klientów) różne opłaty za usługi wzięte z kosmosu, albo firma była na tyle młoda na rynku, że nikt nie mógł za nią poręczyć, po takie, u których 2 tygodnie neta na miesiąc to był niezły wynik. Postanowiłem iść w kierunku najniższej ceny, ale takiej rozsądnej. Przede wszystkim w Anglii w większości przypadków internet leci po linii telefonicznej, a to oznacza, że wraz z netem należy mieć linie telefoniczną (wyjątkiem jest Virgin, który kładzie własne linie). Nie ma znaczenia, że nie chcemy mieć w ogóle telefonu stacjonarnego, linia musi być, numer musi być i tyle. No i opłata za to w wysokości około 15 funtów miesięcznie też musi być. Internet też ktoś musi podłączyć, czyli trzeba się umówić na któryś dzień i mieć przygotowany router, który wcześniej wysłali. Na szczęście ten przybył zaraz na drugi dzień naszego pobytu. Po dwóch dniach dostałem smsa z BT (właściciel linii), że podłączać nikt nie musi przychodzić bo skrzynka telefoniczna jest i wystarczy router samemu podpiąć i cieszyć się internetem od ustalonej daty. Postanowiłem jednak podłączyć go dzień wcześniej i okazało się, że net już jest. Byłem trochę zły na siebie, że jeszcze wcześniej nie sprawdziłem czy działa, za to musiałem latać z kompem do muzeum, żeby wysłać maila.

Druga sprawa to sam router, który na krótkim kabelku stał przy puszce, czyli w sypialni, a komputer w drugim pokoju. Regularne rozłączanie było na porządku dziennym. Szlag mnie trafiał na Windows 8, bo wszędzie gdzie czytałem, to była wina systemu, sterowników, albo samej karty wifi. Postanowiłem podłączyć kompa na krótko, ale nie będę przecież siedział z nim w sypialni, dlatego kupiłem kabel 25 metrowy i nie bez problemów przeciągnąłem go do drugiego pokoju (wzdłuż ściany, pod wykładziną i pod progami). Od kiedy router stoi pół metra od komputera nie mam żadnych problemów z netem (nie podłączyłem ich ze sobą kablem), więc ten problem uważam za rozwiązany.

Z innych zadań jakie miałem z związku z przeprowadzką było załatwienie prądu, czyli po prostu podpisanie umowy z firmą energetyczną. Po spędzeniu pół godziny na samym czekaniu na rozmowę i kolejne pół na przekazywaniu wszelkich możliwych danych o sobie i domu udało mi się osiągnąć kolejną odznakę samodzielności. Został jeszcze Council Tax, który płaci tu każdy pełnoletni i sprawny na umyśle i ciele nie-student. Na szczęście gaz mamy wliczony w cenę mieszkania, więc obyło się bez kolejnych opłat telefonicznych za czekanie na połączenie. Co ciekawe gaz służy u nas tylko i wyłącznie do podgrzewania wody w bojlerze do kranów i kaloryferów. Bo prysznic mamy elektryczny (jakieś cudo zamontowane w kabinie) a kuchnia… też elektryczna.

Poza tym jak na zimę (chociaż jest około 10 stopni, ale wieje często i odczuwalna jest dużo niższa) to jest dosyć ciepło. Grzeje porządnie, a że mieszkamy na poddaszu to całe ciepło z dołu przechodzi przez nas. Nawet fakt, że okno w sypialni nie domyka się do końca nie przeszkadza. Trochę może przeszkadza skrzypiąca podłoga, szczególnie ta w przedpokoju mogłaby zagrać w jakimś horrorze. Pomimo mieszkania “prawie” w centrum, zaraz przy ruchliwej ulicy nie odczuwa się za bardzo hałasów z zewnątrz. Może dlatego, że większość życia mieszkałem przy ruchliwych ulicach i jestem już do tego przyzwyczajony. Bardziej niż do głośnych sąsiadów, którzy jak na razie tutaj są w miarę umiarkowani.

chińska dzielnica w liverpoolu

20150725-lvpool-china-district

Może ulica, która ciągnie się za chińską bramą nie jest zbyt długa, aczkolwiek sam paifang jest największym tego typu łukiem w Europie i drugim na świecie jaki znajduje się poza samymi Chinami. Największy znajduje się w stolicy Stanów Zjednoczonych, Waszyngtonie i mierzy niecałe 14 i pół metra; ten tutaj natomiast o metr mniej.

rowery dwa, ścieżki i kanały

Nie tak dawno temu, chyba ze 3 tygodnie minęły niecałe, kupiliśmy sobie z Moniką rowery. Właściwie to wzięliśmy na “raty” z Moniki pracy. Chociaż zaklinałem się, że będę się starał jak mogę nie pożyczać pieniędzy, nie brać kredytów ani nie kupować na raty, stwierdziliśmy jednak, że sytuacja jest trochę inna w tym przypadku. Otóż owe raty mają związek z tymi powszechnie znanymi tyle, że płaci się regularnie, w tym przypadku co tydzień. Właściwie to pieniądze są pobierane z pensji. To po pierwsze. Po drugie rowery zostały wzięte w programie “rowerem do pracy”, który tutaj jest mocno propagowany, aby przekonać ludzi do korzystania z rowerów zamiast samochodów i chociaż ścieżki rowerowe nie są rewelacyjne, o czym za chwilę, to jednak jest ich sporo, acz nie wszędzie. Po trzecie za rowery zapłaciliśmy (zapłacimy) 2/3 faktycznej ceny, to znaczy firma wykłada resztę funduszy, co przy droższych sztukach jest bardzo opłacalne. Nie jest to stała “zniżka”, wszystko zależy od zarobków i wysokości kredytu, ale i tak jest bardzo korzystna. Zresztą nasze rowery nie są jakieś rewelacyjne, gdy cena dobrego roweru waha się tutaj od 500 do 1000 funtów i więcej, a my nawet za dwa tyle nie zapłaciliśmy (zapłacimy). Nie są to też najtańsze rowery, ale zważywszy, że wyczynowo nie jeździmy, do tego od czasu do czasu i w sumie rekreacyjnie to wybraliśmy takie optymalne dla nas. A rowery jakie wzięliśmy to hybrydy bez amortyzatorów, bo po lasach i wybojach nie jeździmy no i waga ma dla nas znaczenie bo musimy je tachać kilka pięter co i tak nie jest łatwe przy wąskich korytarzach jakie mamy.kanal1Ścieżek rowerowych z jednej strony jest sporo, a z drugiej tak średnio, a wszystko poprzez duże upakowanie budynków i ulic. Takie trasy można podzielić na zwykłe ścieżki tylko dla rowerów, wydzielone pasy na ulicy, drogi przyjazne dla rowerzystów, czyli drogi mniejszego natężenia, gdzie samochody nie śmigają jak szalone i można się czuć umiarkowanie bezpiecznie, aczkolwiek wydzielonego pasa nie ma i jesteśmy traktowani jak normalny uczestnik ruchu, czyli samochody nas wyprzedzają i trzeba zachować ostrożność; oraz drogi gruntowe, które od ścieżek rowerowych różnią się tylko nawierzchnią (tak mi się przynajmniej wydaje). Drogi takie mają podstawową wadę poprzez ograniczanie spokojnego i płynnego podróżowania. Co kilkaset metrów, czasami mniej, czasami więcej, trzeba przejechać przez ulicę, poczekać na światłach, drogi zdarza się, że nie są łączone, czyli trzeba podjechać ulicą aby kontynuować jazdę daną trasa, a najgorsze są spowalniacze pod postacią bramek, które trzeba objechać bardzo wolno, czasami zsiąść z roweru, albo nawet przenieść. Absurd i do tego wkurzający.

kanal2Dzisiejsza wycieczka nie była zbyt długa, ale mieliśmy nie/przyjemność jechać wzdłuż kanału lancasterskiego, tylko kawałek, gdyż droga przy nim nie ciągnie się aż tak bardzo, zresztą dołączyliśmy na nieznanym nam odcinku, żeby niedługo później zjechać do Haslam Park, gdzie skorzystaliśmy z terapii refleksologicznej. Nie/przyjemność jechania kanałem doświadczyliśmy tydzień wcześniej jadąc trasą 55 do Manchesteru (aż tak daleko nie dojechaliśmy). Przy miejscowości Chorley trasa ta wiedzie wzdłuż kanału, a ścieżka tam zdawała się czasami węższa niż ta na zdjęciu powyżej. Przy uczęszczających nią również pieszych (i ich psach) manewrowanie między nimi zwiększało bicie serce z obawy przed utrata równowagi i niefortunną wywrotką do wody. Stresującą podróż zakończyliśmy bez wpadek, ale stres był.