pół roku później

Właściwie nawet ponad pół roku później. Miałam być konsekwentna w prowadzeniu bloga, a wyszło jak zwykle. No cóż, praca zajmowała dużo czasu, nie było za bardzo o czym pisać, a jak nie ma o czym pisać to lepiej nic nie pisać. Dużo się zmieniło. 3 tygodnie po przyjeździe przeprowadziłyśmy się do małej miejscowości bliżej pracy, a od początku lutego mieszkamy już na swoim i to w Preston, czyli wróciłyśmy do punktu wyjścia.

Ze względu na ogólna nudę, która mnie opanowało postanowiłam zrobić coś konstruktywnego i stworzyć jakiegoś posta, albo dwa w ramach podsumowania tego okresu i może znowu zmobilizować się trochę do aktywności blogowej, ale nie dzieje się w moim życiu nic szczególnego, dlatego też nie chce na siłę nic tworzyć. Na wszelki jednak wypadek odświeżam, tak na wszelki…

Nie chcę dokładnie opisywać co się u mnie, czy też u nas działo bo było kilka momentów niezbyt ciekawych. Mam na myśli sytuacje, które powodowały podnoszenie ciśnienia, a jako iż nie chcę sobie i teraz podnosić, dlatego postanowiłam pominąć te momenty.

Przede wszystkim mieszkanie. W końcu mamy swoje gniazdko i chociaż nie jest to szczyt marzeń to jest naprawdę nieźle. Mieszkamy prawie w centrum Preston, więc blisko wszędzie. No może prawie wszędzie. Nie mamy jeszcze samochodu dlatego na podwózkę trzeba przejść kawałek, niby 15 minut szybkim krokiem, ale wieczorem, gdy z pubów ulatnia się zawiana młodzież i nie tylko młodzież, to trasa wydaja się nadzwyczaj długa.

Mieszkanie to 2 pokoje, w tym jedna sypialnia plus kuchnia. A wszystko w starej kamienicy, która ponoć była kiedyś hotelem, tak przynajmniej głosi ogromny napis na budynku. W środku sporo wolnej przestrzeni. Mebli za wiele nie było na start – dwie sofy, szafa, łóżko z materacem (będziemy musieli kupić nowy, bo leżąc na obecnym czuje się każdą sprężynę), szafka w przedpokoju, narożny regał na rupiecie. Kuchnia wyposażona w to co mieć powinna. Największym wyzwaniem na początek okazało się czyszczenie zamrażarki. Poprzedni lokator postanowił po prostu wyłączyć ją z prądu, a zamarznięte resztki ze środka zostawić samym sobie. Po otwarciu drzwiczek smród był taki, że musiałam zrobić sobie prowizoryczną maskę, a i tak tylko oddychanie przez usta wchodziło w grę. Przy pomocy octu i środków czyszczących udało się usunąć wszystko z wyjątkiem zapachu, który ostał się do dziś i odrobinę przesiąka wszystko co się włoży do zamrażarki. Trzeba będzie zrobić poprawiny. Na drugi dzień pojawiły się w domu małe muszki (a może ich nie zauważałam wcześniej). Co ciekawe pierwsze “stada” znalazłem w zamrażarce. Po otwarciu leżały zamarznięte zaraz przy wejściu. Po wysprzątaniu ich na drugi dzień pojawiały się znowu i tak przez dobrych kilka dni. Skąd i jak się tam wzięły? Nie wiem. Na razie ich ilość zmniejszyła się do minimum i rzadko już dają o sobie znać.

Jednym z podstawowych mebli jakich nam zabrakło to biurko i krzesło. Mieliśmy dość siedzenia z laptopem na podłodze przy małym stoliku. Z pomocą przyszedł sklep internetowy Ikei. Najbliższa  miejscówka jest na tyle daleko, że nawet samochodem wyszło by drożej, niż zamówienie przez internet, za które zapłaciliśmy zaledwie 9 funtów (za obie rzeczy). Zastanawiamy się czy materaca też nie zamówić stamtąd, jednakże przesyłka wyniesie już 35 funtów, ale za to prosto pod drzwi.

W związku z przeprowadzką musiałam pozałatwiać sama sprawy mediów. W poprzednim miejscu gdzie mieszkaliśmy kilka dni wcześniej przez internet zamówiłam internet, bo wiedziałem, że później już będzie ciężko. Pomimo dużego wyboru, to jednak wyboru wielkiego nie było. Niby dużo dostawców, nawet takich za darmo, ale co z tego jak firma doliczała sobie (wg opinii klientów) różne opłaty za usługi wzięte z kosmosu, albo firma była na tyle młoda na rynku, że nikt nie mógł za nią poręczyć; po takie, u których 2 tygodnie neta na miesiąc to był niezły wynik. Postanowiłam iść w kierunku najniższej ceny, ale takiej rozsądnej. Przede wszystkim w Anglii w większości przypadków internet leci po linii telefonicznej, a to oznacza, że wraz z netem należy mieć linie telefoniczną (wyjątkiem jest Virgin, który kładzie własne linie). Nie ma znaczenia, że nie chcemy mieć w ogóle telefonu stacjonarnego, linia musi być, numer musi być i tyle. No i opłata za to w wysokości około 15 funtów miesięcznie też musi być. Internet też ktoś musi podłączyć, czyli trzeba się umówić na któryś dzień i mieć przygotowany router, który wcześniej wysłali. Na szczęście ten przybył zaraz na drugi dzień naszego pobytu. Po dwóch dniach dostałam smsa z BT (właściciel linii), że podłączać nikt nie musi przychodzić bo skrzynka telefoniczna jest i wystarczy router samemu podpiąć i cieszyć się internetem od ustalonej daty. Postanowiłam jednak podłączyć go dzień wcześniej i okazało się, że net już jest. Byłem trochę zła na siebie, że jeszcze wcześniej nie sprawdziłam czy działa, za to musiałam latać z kompem do muzeum, żeby wysłać maila.

Druga sprawa to sam router, który na krótkim kabelku stał przy puszce, czyli w sypialni, a komputer w drugim pokoju. Regularne rozłączanie było na porządku dziennym. Szlag mnie trafiał na Windows 8, bo wszędzie gdzie czytałam, to była wina systemu, sterowników, albo samej karty wifi. Postanowiłam podłączyć kompa na krótko, ale nie będę przecież siedziała z nim w sypialni, dlatego kupiłam kabel 25 metrowy i nie bez problemów przeciągnąłem go do drugiego pokoju (wzdłuż ściany, pod wykładziną i pod progami). Od kiedy router stoi pół metra od komputera nie mam żadnych problemów z netem (nie podłączyłam ich ze sobą kablem), więc ten problem uważam za rozwiązany.

Z innych zadań jakie miałam z związku z przeprowadzką było załatwienie prądu, czyli po prostu podpisanie umowy z firmą energetyczną. Po spędzeniu pół godziny na samym czekaniu na rozmowę i kolejne pół na przekazywaniu wszelkich możliwych danych o sobie i domu udało mi się osiągnąć kolejną odznakę samodzielności. Został jeszcze Council Tax, który płaci tu każdy pełnoletni i sprawny na umyśle i ciele nie-student. Na szczęście gaz mamy wliczony w cenę mieszkania, więc obyło się bez kolejnych opłat telefonicznych za czekanie na połączenie. Co ciekawe gaz służy u nas tylko i wyłącznie do podgrzewania wody w bojlerze do kranów i kaloryferów. Bo prysznic mamy elektryczny (jakieś cudo zamontowane w kabinie) a kuchnia… też elektryczna.

Poza tym jak na zimę (chociaż jest około 10 stopni, ale wieje często i odczuwalna jest dużo niższa) to jest dosyć ciepło. Grzeje porządnie, a że mieszkamy na poddaszu to całe ciepło z dołu przechodzi przez nas. Nawet fakt, że okno w sypialni nie domyka się do końca nie przeszkadza. Trochę może przeszkadza skrzypiąca podłoga, szczególnie ta w przedpokoju mogłaby zagrać w jakimś horrorze. Pomimo mieszkania “prawie” w centrum, zaraz przy ruchliwej ulicy nie odczuwa się za bardzo hałasów z zewnątrz. Może dlatego, że większość życia mieszkałam przy ruchliwych ulicach i jestem już do tego przyzwyczajona. Bardziej niż do głośnych sąsiadów, którzy jak na razie tutaj są w miarę umiarkowani.